Episkopat stwierdził, że sumienie lekarza jest ważniejsze niż dobro pacjenta. Lekarz może odmówić każdego, dopuszczalnego przez prawo, zabiegu, jeśli tak mu dyktuje sumienie. A że np umrze jakaś kobieta, której odmówi aborcji ze względów zdrowotnych? No peszek po prostu. Państwo (a raczej społeczeństwo, bo państwo to byt abstrakcyjny) płaci mu za ratowanie zdrowia i życia, ale cóż, sumienie ważniejsze. Dla mnie to czyste złodziejstwo a zarazem niestety obraz współczesnego katolicyzmu, któremu „nie kradnij” jakoś umknęło z listy przykazań i który chce wiary lekkiej, łatwej i przyjemnej.

Sumienie jest ważne, wiara jest ważna, ale to nie znaczy, że to sumienie można sobie chronić za pieniądze podatnika. Tak się składa, że ten podatnik może mieć całkiem inną wersję sumienia, drogi katoliku dlaczego więc podatnik ma płacić na twoje sumienie? Chcesz być w zgodzie z swoją wiarą? Bardzo Ci się to chwali, nie pracuj więc „dla NFZ”, tego potwora co za aborcje i inne zboczenia płaci. Ogranicz się do prywatnej praktyki. W ostateczności – zmień zawód. Jesteś wolnym człowiekiem i pamiętaj – pierwsi chrześcijanie za wiarę umierali na krzyżu, jeśli naprawdę w coś wierzysz to bez bólu odkleisz zadek od ciepłego stołka opłacanego z podatków. Wtedy nie będzie problemu czy ważniejsze jest prawo czy sumienie.

 

„Belgowie chcą zabijać dzieci” albo „Belgowie rozważają przyznanie dzieciom prawa do eutanazji”. Dwa tytuły dotyczące dokładnie tego samego. A mnie naszła refleksja, że za równo prawo do eutanazji, jak i prawa dzieci, to dziedziny, w których moje poglądy 10 lat temu były nowoczesne, a dziś bliżej jestem nurtu „Belgowie chcą zabijać dzieci”. I nie poglądy mi się nie zmieniły – nadal uważam, że człowiek ma prawo zdecydować, że żyć nie chce, a dzieci należy chronić, czasem nawet przed rodzicami i dbać o ich podmiotowość. Co się zmieniło? Świat dookoła proszę państwa. Nie wierzę, żeby małe dziecko świadomie poprosiło o eutanazję. No nie wierzę i już, i tą niewiarę podpieram za równo obserwacjami własnego dziecięcia, jak i tą odrobiną wiedzy o psychologii dziecka, którą tu i ówdzie udało mi się załapać.

To rodzice poproszą o eutanazję malucha. Choroba dziecka może wywoływać skrajne emocje, od walki za wszelką cenę i poświęcanie zdrowych dzieci by ratować dziecko, którego uratować się nie da (świetny przykład z własnego podwórka – nasza aktorka Ewa Błaszczyk i jej dwójka dzieci – jedno w śpiączce od kilkunastu lat, drugie funkcjonujące jako dodatek do układu mama-chora siostra) do zmęczenia i rezygnacji (ooo tu przykładów w brew pozorom jest dużo – rozpadające się małżeństwa, gdzie jeden rodzic po prostu ucieka, zostawianie śmiertelnie chorych dzieci w szpitalach).

Dlaczego nie wierzę, że poprosi dziecko? Bo dziecko i czas i cierpienie i perspektywy postrzega inaczej niż dorosły. Przede wszystkim – dzień dla dorosłego to dużo mniej niż dzień dla dziecka. Dla dziecka każdy kolejny dzień życia to jednak wielki krok. Dziecko też raczej nie uświadamia sobie beznadziejności sytuacji, raczej jej pewną przejściowość (tu oczywiście dużo zależy od tego, co przedstawiają rodzice, bo jak sprzedają dziecku brutalną rzeczywistość w rodzaju „będziesz cierpiał a potem zeżrą cię robaki” to eutanazji należy poddać rodziców nie dziecko).

W rosnących ułatwieniach w dostępie do eutanazji widzę też jeszcze jeden problem – przestanie się „opłacać” prowadzić badania nad łagodzeniem bólu czy leczeniem chorób obecnie terminalnych. Nikt tego nie będzie finansował, szybciej i łatwiej będzie przecież takiego pacjenta odstrzelić i już cierpieć nie będzie. Pewnie nawet różne kasy chorych i ubezpieczalnie zaczną to refundować bardziej chętnie niż leczenie. Władza pieniądza i „oszczędności” potrafi być bardzo brutalna.

W związku z spaloną po raz n-ty tęczą z bibułki poczułam tę duszę! Ja też mogę być artystą, w

Tęcza podwójna

Tęcza podwójna (Photo credit: Tomasz Lewicki)

dodatku znacznie taniej niż Pani Od Bibułkowych Kwiatków, która już nawołuje, że tęcza _musi_ być odbudowana. Odnawianie tęczy podobno kosztuje około 70 tysi złotych polskich. Moja wizja artystyczna powinna dać się zrealizować za jakieś 300 PLN. Robimy tak: dzwonimy do którejś dużej warszawskiej firmy od wywozu śmieci i prosimy o największy kontener jaki mają – na cele artystyczne. Planujemy ten kontener ustawić w centrum miasta, więc powinni dać za darmo. Inwestujemy w kolorowe farby olejne i pędzle. Robimy happening na Placu Zbawiciela, zapraszamy bywalców Planu B (koniecznie! … i nie muszą być trzeźwi), lokalnych mieszkańców, nie zaszkodzi też zaprosić kilku przedszkolaków, dbajmy o rozwój artystyczny najmłodszych. Dajemy pędzle i farby – niech malują kontener. Sugerujemy kwiatki – ma być hipisowsko i radośnie. Lokalnych prosimy o zrzutkę makulatury, najlepiej różnorodnej ideologicznie – Gazeta Wyborcza obok Gazety Polskiej będzie wyglądać rewelacyjnie. Wypełniamy nasz radosny kontener makulaturą i ustawiamy na środku placu. Czekamy do pierwszego marszu, albo pierwszej większej imprezy w okolicy. Możemy nawet usłużnie wtedy pożyczyć zapałki. Kontemplujemy piękny ogień z naszej makulatury. Oburzamy się rzecz jasna na wandali palących nasze dzieło sztuki nawołujące przecież do powszechnego pokoju i radości. Dbamy o to by zdjęcia spalonego kontenera pojawiły się we wszystkich mediach – w końcu zniszczono DZIEŁO. Zbieramy kolejne 300 PLN i powtarzamy od początku – tanio, radośnie i efekt równie piękny jak zmachane bibułkowe kwiatki po kilku deszczach. A 70 tysi proponuję wydać np na budowę kawałka ścieżki rowerowej.

Przy okazji – mam wrażenie, że wszyscy Ci, którzy nawołują do odbudowy tęczy, uważają, że ta odbudowa wydarza się „za darmo”. To raz. A dwa – ilu z tych ludzi daje swoim dzieciom zapałki i stos bibuły z komentarzem „baw się dobrze”? No sorry, ale stawianie papierowego, „jednorazowego” pomnika w imprezowym centrum to jest dokładnie takie podejście. Zapałki powinny być z zestawie z kwiatkami!

Zmarł człowiek na mecie maratonu warszawskiego. Tragedia. Jak zwykle przy okazji tragedii – wysyp informacji w mediach, w końcu tragedie sprzedają się najlepiej. I jak zwykle przy okazji tych wszystkich komentarzy o ludzkim dramacie czuję się jak ufo. Problem widzę gdzie indziej niż reszta ludu. Oczywiście jeśli karetki nie było na miejscu a ratownik nie dysponował adrenaliną to źle, ale chyba gorzej, że maraton pobiegł ktoś, kto na ten maraton siły nie miał. Pobiegł i … o zgrozo dobiegł do końca, zamiast zejść na bok i po prosić o wezwanie pomocy – dowlekł się do mety. Ba, ludzie dookoła widząc słaniającego się biegacza pomogli mu dowlec się do mety, zamiast … mu pomóc przeżyć.

Bohaterstwo? Tak to bardzo w polskim stylu – zmarnować wszystko dla dość umownego sukcesu. Zejść na bok i przyznać się do porażki to po prostu nie wypada.

Moda na bieganie zaczyna mnie mocno wkurzać. Przyznanie się do tego, że nie biegasz, to prawie jak powiedzieć, że masz brudne skarpetki. Podobnie z zdrowym odżywianiem – to jeść wypada, tamtego nie, a w tym wszystkim straciliśmy zupełnie kontakt z własnym organizmem, który jakoś do rozumu już nie może się przebić ze swoimi potrzebami. Pogubiliśmy się drodzy państwo, całkiem, całkiem. Oczekujemy od mediów społecznościowych i poradników informacji co dla nas najlepsze. Wybieramy absurdalne diety, wyliczamy ilości białka w jajku, instalujemy liczniki przebiegniętych kilometrów i spalonych kalorii z transferem prosto na facebook. Chcemy być identycznymi klonami, ale nie jesteśmy jeszcze! Jedni mogą pić mleko i biegać maratony, inni mlekiem się zatruwają i nie przebiegną nawet kawałka, za to przeciągną traktor.

No nie biegam, nie biegałam, biegać nie będę (ale skarpetki mam czyste!). Nie mogę, mój organizm odmawia współpracy. Jeszcze w szkole doprowadzałam do szału nauczycielki, kiedy przy okazji biegów długodystansowych, już po kilkunastu metrach zaczynałam iść spacerkiem. Nie biegam, nie padnę dla tego, żeby zaliczyć wf, dogonić autobus czy udowodnić komukolwiek cokolwiek. Media społecznościowe mają dla mnie równie nikły autorytet co nauczycielka wf-u. I uważam, że ten człowiek powinien się zatrzymać, zanim się zamordował sam.

Jednakże jakoś nie mam ochoty dawać tytułu „ja też mam zdanie na temat aborcji”. Irytuje mnie, że temat odżył w sejmie, (w mediach jakoś nie odżył, zużył się już), odżył a jakże, w starej, zużytej, przeżutej wręcz formie, zamiast rozwiązań dyskusja z pod znaku „moja racja jest najmojsza”.

English: Astrocyte in vitro stained with GFAP ...

English: Astrocyte in vitro stained with GFAP to show filaments (Photo credit: Wikipedia)

Z perspektywy 3 zabiegów in vitro i ciąży podtrzymywanej farmakologicznie, aborcja nie jest dobra,

wręcz aborcja jest czymś niewyobrażalnym, ale też nie potrafię powiedzieć „zło”, bo nie wierzę aby współcześnie kobiety dokonywały aborcji ot tak. Swoją drogą to zabawne, że tak zwani „obrońcy życia” potępiają na równi kobiety dokonujące zabiegów aborcji jak i te dokonujące in vitro – ot kolejny dowód, że katolicyzm dokonuje aborcji mózgu. Praktykujący katolicy z reguły zakładają, że jestem zwolennikiem aborcji, podczas gdy nic tak nie uwrażliwia na walkę o przeżycie płodu jak in vitro.

Wracając do meritum – nie rozumiem oburzenia feministek rozwiązaniem wprowadzonym bodajże w Teksasie – gdzie kobieta przed aborcją musi obejrzeć usg płodu, gdzie lekarz tłumaczy jej gdzie są ręce, nogi i inne części tego, co chce się pozbyć. To ma być świadoma decyzja tak? To po co wmawiać, że usuwamy coś jak kawałek wątroby, bo to nie jest kawałek wątroby, chociaż dla organizmu to mniej obciążająca operacja. Co nie znaczy, ze decyzja ma być łatwa, lekka i przyjemna, bo dlaczego taka miałaby być? Zwłaszcza usunięcie płodu w 20 tygodniu to jest coś, co mnie przeraża.

… ale

cóż nam oferują „obrońcy życia” (cudzysłów celowy, bo nie życia oni bronią)? Oferują średniowieczne podejście – ródź i zdychaj razem z dzieckiem. Ródź, nie ważne w jakich warunkach, ródź nawet jeśli nie stać cię na opiekę medyczną a twoje dziecko przeżyje w męczarniach godzinę. Grunt byś

urodziła, gówno nas obchodzi co życiem twoim i dziecka. To nie są obrońcy życia to są obrońcy rodzenia i proponuję by się uprzejmie pozapładniali nawzajem i rodzili do wyzdychania.

Żyjemy w kraju, gdzie seks atakuje z każdego plakatu i każdej okładki zeszytu, ale gdzie nie ma dobrej edukacji w kwestiach antykoncepcji, a spora część młodych kobiet w ogóle do tej antykoncepcji nie ma dostępu. Środki hormonalne są stosunkowo drogie, a poza tym niepełnoletnia dziewczyna musi do lekarza przyjść z rodzicami. Jasne, jasne, już to widzę. Jestem z „inteligenckiej rodziny”, ale kiedy miałam problemy ginekologiczne, moja matka odmówiła pójścia ze mną do lekarza „bo to wstyd, i jeszcze ktoś się dowie”. Nieważne, że regularnie odbierała mnie ze szkoły półprzytomną z bólu. Skończyło się na tym, że ojciec dał mi pieniądze na prywatną wizytę, ale to były jeszcze czasy, że prywatni lekarze nie bali się przyjmować nastolatek, bo rzecz jasna nikt ze mną nie poszedł. Teraz jednak lekarz  _nie_może_ wypisać recepty bez zgody rodzica. Ok, zostawmy nastolatki, co z dorosłymi? Na wsi – wstyd. W mieście – kasa, misiu, kasa. Lekarze oburzający się na antykoncepcję w ramach NFZ-owskiego kontraktu nie są zwalniani, bo mają prawo mieć sumienie. A prywatnie sumienie jakoś potrafią uciszyć.

Co z nieuleczalnymi chorobami dzieci? Czy naprawdę ktoś ma prawo zmuszać kobiety by gwarantowały nieszczęście sobie i swojemu dziecku? Gwarantowały sobie rozpad rodziny? Jakieś wsparcie, ależ … żadne. Symboliczna zapomoga nie starczająca na życie, gdzie wtedy są nasi „obrońcy życia”? Organizują grupy wsparcia? Dyżury by odciążyć umęczoną matkę? Ależ skąd, są przecież zajęci pikietowaniem pod Sejmem, tudzież wrzeszczeniem pod przychodniami i polowaniem na lekarzy. Trzeba mieć przecież priorytety i tym priorytetem wcale nie musi być szacunek dla istniejącego życia.

Przeczytałam kiedyś reportaż o katolickiej organizacji wspierającej matki myślące o aborcji. Wow, pomyślałam, wreszcie jakiś sensowny pomysł. A potem zagłębiłam się w treść… panie z kółka co 9 miesięcy losowały karteczki, a potem modliły się codziennie za wylosowaną kobietę. Czy zadzwoniły, zaoferowały jakąś pomoc? Nie, najbardziej gorliwe modliły się po kilka razy dziennie. Ot cała katolicka moralność – grunt żeby mi było wygodnie, a w wolnej chwili pomodlę się moralność innych, ale nie, nie, nie poświęcę nic ze swojej wygody na rzecz innych, co najwyżej pójdę na spotkanie z takimi jak ja, by poczuć to cudowne poczucie wyższości moralnej. To i mamy cudownie aspołecznych Polaków, mających w dupie, że u sąsiada pożar.

„systemów motywacyjnych”. Zastanawiam się, czy ktokolwiek zastanawia się jaki one mają

faktycznie wpływ?

English: Money for Eurobusiness Polski: Pienią...

English: Money for Eurobusiness Polski: Pieniądze do gry Eurobusiness (Photo credit: Wikipedia)

Za projekt, w którym urobiłam się po uszy, siedziałam w robocie do nocy, nie brałam zwolnień (na naprawdę chore dziecko!) ani urlopów, bo rzecz ważna dla firmy i jak się uda to „ho ho”, dostałam „na frytki” i z łaski zapłacone za czas spędzony w dni świąteczne, kiedy inni bawili się w najlepsze. Tak jakby poczułam się urażona, bo niby były gratulacje i uściski ręki, ale lepiej by mi kupili butelkę wina. Pewnych kwot po prostu nie wypada dawać jako premii. No ale ok, pracuję dla kwoty na umowie, premii mi nikt nigdy nie gwarantował, więc wzruszyłam ramionami i tyle.

Za projekt robiony „normalnie” (tak, staram się pracować dobrze, praca mnie wciąga i jest dla mnie ważna, niezależnie czy ktoś mi obiecuje premię czy nie, mam satysfakcję jeśli mi się uda ułożyć sprawy), czasem odsiedziany dodatkowy czas aby skończyć raport (bywa, że mam przerost poczucia odpowiedzialności), ale w normie jeśli chodzi o mój rodzaj pracy, więc za ten projekt dostałam odczuwalne pieniądze. Nie zwaliły mnie z nóg, ale jakiś prezencik mogłam nabyć.

Fajnie dostać pieniądze, zawsze fajnie, ale ja mam ścisły umysł, motywują mnie zasady, które rozumiem. Poczułam się jak w grze, której zasad nikt mi nie wyjaśnił.

Prywatnie interesuję się systemami motywacyjnymi, ale – naprawdę wolę nie zestawiać tej wiedzy z tym, co widzę w firmach i dziękuję losowi, że nie muszę się tym zajmować. Należy starannie oddzielać hobby od pracy…

a przynajmniej zabija go u feministek i kobiet parających się dziennikarstwem. Zgwałcono kobietę w

English: 'The Woman with the Cobweb Polski: Ko...

English: ‚The Woman with the Cobweb Polski: Kobieta z pajęczyną (Photo credit: Wikipedia)

lesie kabackim. Przykra sprawa, nikt nie ma prawa naruszać czyjejś nietykalności, ale okazało się, że nie można też mówić o tym, że kobieta zachowała się nierozsądnie.

Nie, bieganie w nocy, samotnie po lesie, nawet takim lesie w mieście, nie jest rozsądne. Niezależnie od tego jak głośno będą krzyczeć feministki na wszystkich, którzy o tym mówią. Nie jest rozsądne, niezależnie czy jest się kobietą czy mężczyzną. Oczywiście, że to w żaden sposób nie umniejsza winy sprawcy, ani nie powinno być traktowane jako okoliczność łagodząca, jednak do jasnej cholery mówmy młodym, że pewne zachowania nie są mądre! Feministki wmawiają młodym kobietom, że wszystko wolno i robią im krzywdę. Owszem wolno – tylko to nie znaczy, że należy to robić. Z wolności też trzeba umieć korzystać.

Nie łaź samotnie w nocy, nie upijaj się do nieprzytomności w nieznanym towarzystwie, nie wchodź do pokoju hotelowego „kolegi”, którego znasz słabo. Pilnuj się, bo żaden policjant twojego tyłka nie

upilnuje i o ile nie zaczniemy żyć w świecie rodem z „raportu mniejszości” (a mam nadzieję, że to się jednak nie zdarzy!), gdzie winnych aresztuje się przed popełnieniem przestępstwa, to zawsze pewne zachowania będą niebezpieczne, jeśli je podejmujesz, bądź świadom(a) ryzyka. Generalnie – to się właśnie nazywa dorosłość. Smutna refleksja – większość feministek musi dorosnąć, bo pouczając innych, same zachowują się jak gówniary.

Też byłam młoda, też miałam różne fazy i takie na chodzenie w sukienkach, które ledwie zakrywały mi tyłek i takie na nocne spacery po odludnej okolicy. Jednak – w kusej sukience chodziłam wyłącznie po okolicach z stadami ludzi, gdzie najgorsze, co mi groziło to uszczypnięcie w tyłek

, a po odludnej okolicy spacerowałam z 40kilogramowym Pitbulterierem. Chcesz uprawiać nocny jogging – polecam pieska z dużą szczęką, piesek będzie wdzięczny, przypadkowi kolesie zniechęcą się do zawierania bliższych znajomości. I nawet z psem nie łaź nocą po chaszczach!