Archiwum

Monthly Archives: Sierpień 2013

Chomiczówka

Chomiczówka (Photo credit: Marc Ben Fatma – visit Benymarc.com and like my FB)

Rozwiązałam umowę z telewizją Chomiczówka. Rozwiązałam po jakiś 15 latach, można rzec, że jestem wiernym klientem, niestety na Chomiczówce od lat już nie mieszkam. I tak jak 15 lat temu – wspięłam się na strych bloku, przeskakując porzucone pudła, szczotki i inne dziwy, odnalazłam starą suszarnię. W niej jak 15 lat temu – meble wprost ze śmietnika ( w dodatku chyba te same, które przynieśli tworząc to miejsce), i trochę zmięci panowie z nowoczesnymi komputerami. Przez te naście lat zmieniło się tylko jedno – na ścianie pojawił się płaski telewizor.

TV Chomiczówka nie jest „zwykłą” kablówką. Nie znajdziesz jej reklam, na stronie nie znajdziesz nawet listy programów czy oferty, bo ta dostępna jest … dla osób już będących w sieci. Na suszarni wisi karta „Stowarzyszenie TV Chomiczówka”, nigdy mi się nie chciało zgłębiać, jaką dokładnie formę prawną przybrała ta osiedlowa inicjatywa. Niemniej nadal jest to dla mnie wzór, jak powinno wyglądać działanie oddolne i organizowanie się.

Dawno, dawno temu jedyny dostęp do internetu to był numer dostępowy TP SA. To już tylko najstarsi górale pamiętają. Z perspektywy czasu mówi się o tym, jak to tenże numer otworzył drzwi na świat. Na blokowisku typu Chomiczówka te drzwi na świat zatrzaskiwały się nader często, ponieważ zanim TPSA stworzyła numer, zainstalowała w blokach urządzenia pozwalające multiplikować linie – zamiast jedno gniazdko, jeden numer, użyła tricku pozwalającego pomnożyć połączenia przez cztery. Dla telefonów rozwiązanie było świetne, ludzie z dnia na dzień dostali numery telefoniczne, na które wcześniej czekali latami. Dla dostępu do internetu przez modem – zapomnij, jeśli w ogóle modem wynegocjował połączenie, to zrywało się ono natychmiast po tym jak sąsiad podniósł słuchawkę… W efekcie niewiele można było z tego wielkiego świata zobaczyć a rachunki przychodziły kolosalne.

Nie wiem kto wpadł na pomysł zorganizowania tego stowarzyszenia, w każdym razie powstała lokalna chomiczówkowa inicjatywa, która okablowała bloki i zaproponowała kablówkę (dla rodziców ;)) i modemy dające po tym samym kablu dostęp do sieci (dla nastolatków spragnionych wielkiego świata). Wtedy to było bardzo nowatorskie rozwiązanie w PL. Modemy przypłynęły z USA i kosztowały niebotyczne pieniądze. Niemniej niebotyczne pieniądze były wydatkiem jednorazowym i moi rodzice z ulgą je wyłożyli, widząc perspektywę rozstania się z rachunkami z TPSA (które niebotyczne były niestety co miesiąc).

Na rynku pojawili się kablowi giganci, dostęp do sieci w pakiecie z TV jest normą, a TV Chomiczówka przetrwała, nadal będąc dużo tańszym rozwiązaniem znanym jedynie zasiedziałym mieszkańcom. I naprawdę trwała bym przy tym rozwiązaniu.

Reklamy

Różnimy się, mamy inne poglądy, różną wiedzę, różne doświadczenia, żyjemy w różnych warunkach. Staramy się postępować w oparciu o to co uznajemy za słuszne. Super, słuszne dla nas samych, ale skąd w niektórych potrzeba pouczania innych? Nie możesz się jeden z drugim (a raczej jedna z drugą, bo to chyba specjalność kobiet?) zająć własnymi sprawami?

Komentarz z specjalną dedykacją dla pani, która musiała, ale to koniecznie musiała, zatrzymać mnie na ulicy i pouczyć, że mojemu dziecku jest zimno i się przeziębi oraz uszka mu przewieje. Rzeczone dziecko w słoneczny letni dzień szło sobie w szortach i, o zgrozo, bez czapki na uszach. Szanowna pani nie chciała mi uwierzyć, że wiem lepiej, czy moje dziecko marznie czy nie.

Dodatkowo specjalna dedykacja także dla pani sąsiadki, która uznała za stosowne pouczyć nas, że w niedzielę nie należy przewozić mebli, mimo że hałasu przy tej okazji nie robiliśmy więcej, niż gdybyśmy wychodzili z wózkiem na spacer. Szanowna sąsiadko, czy ja się wtrącam jak spędzasz niedzielę? Zakazuję spędzić cały boży dzionek na kolankach w najbliższej kaplicy? Nie? To na co czekasz? A w ogóle to pani emerytko pomyślałaś w jakie dni pracujący człowiek może się zająć rzeczami innymi niż kiszenie w korporacji?

I żeby to były tylko takie drobne sprawy, które można z uprzejmym uśmiechem zignorować, ale nie, ludzie odczuwają też potrzebę umoralniania i pouczania innych na wyższym poziomie. Tak więc mamy prawo i ministerialne zarządzenia w tak osobistych sprawach jak aborcja, nauka religii czy wychowanie seksualne. Celowo zestawiam religię z wychowaniem seksualnym, gdyż przeciwne strony przeciągają linię przeginają tak samo. Tak jak chcę zdecydować czy i jak moje dziecko będzie uczyło się religii, tak samo chcę sama decydować czy, jak i kiedy będzie się uczyło naciągać prezerwatywę na banana. Sorry, ale to nie jest ani rola dla państwa ani dla szanownych sąsiadek.

Odwożąc dziecko do żłobka słucham wiadomości. Może nie powinnam, bo mi o humor psuje i zamiast zachwycać się cudownym momentem mojego prywatnego życia (jest zajebiście!), irytuję się zupełnie nie cudownym momentem mojego państwa i mojego miasta. Wiadomości dość łaskawe dla obecnej władzy, wiec oględne i nie napastliwe w tonie ale i tak nie brzmi to dobrze. Rządzące PO najchętniej demokrację by zdemontowało, zamieniając na jakąś wygodną formę oligarchii, najchętniej bez powszechnego głosowania (wyborcy są głupi i kreują polityczne „hucpy”!), zdemontowałoby też porządek prawny, zastępując go zasadą „prawo to ja” (a raczej prawo jest takie jakie mi wygodnie w danej chwili).

Wiadomości uprzejmie donoszą – będzie referendum w sprawie władz stolicy. Będzie, bo do małej nędznej kurewki, mieszkańcy tego chcieli. Co na to władza? Ależ jest wspaniale i nie widzimy powodu dyskutować nad wspaniałą osobą pani prezydent. A tak w ogóle – nie idźcie na referendum, nie idźcie głosować, głosowanie jest do bani, zostawcie to nam!

Nie wątpię, że zachęcanie do niegłosowania pada w Polsce na podatny grunt. Już i tak ludzie nie chodzą na wybory, bo nie widzą sensu, nie widzą siły swojego głosu wobec zabetonowanego układu dwu bliźniaczych partii. W referendum siła niegłosowania jest taka, że referendum będzie nie ważne i nic się nie zmieni. Nie głosujmy i co dalej? Może PO jeszcze sobie uchwali prawo, że także  jak zabraknie odpowiedniego procenta w wyborach powszechnych to są nieważne i wszystko zostaje jak jest?

Po pierwsze podstawą demokracji „europejskiej” jest „wolność do”, a nie „wolność od”. Nie mylmy amerykańskich hipisów z europejską tradycją demokratyczną. „Wolność do” to prawo decydowania, stąd w niektórych państwach obowiązek głosowania.

Po drugie elita polityczna powinna być prawdziwą elitą, o jakości, która nie boi się weryfikacji. A co my mamy? Tchórzliwe stadko, które mówi „my wiemy, że jesteśmy wspaniali, a wy jesteście za głupi by to oceniać”. Drogi mieszkańcu Warszawy, lubisz być uważany za głupca?

Dalej wiadomości uprzejmie donoszą, ze „ministra” (nie, nie ma takiego słowa! to osobista nazwa pani Muchy!) Mucha przegrała w naszym imieniu proces z project managerem odpowiedzialnym za budowę Stadionu Narodowego i będzie musiała mu wypłacić premię razem z odsetkami! Osobiście uważam, że Mucha powinna zagrzebać we własnej kieszeni i zapłacić te odsetki sama. Dlaczego? Bo świadomie zmarnowała pieniądze podatników. Ten proces był przegrany, rozpoczął się jedynie dla podratowania nędznego PR tej pani, a wygrać go można było tylko gdyby sąd nie był niezawisły i nie przestrzegał prawa. Szczęśliwie sąd okazał się jednak (jeszcze!) strażnikiem prawa, minister natomiast nie okazała się strażnikiem naszych pieniędzy. Czy jakiś urzędnik zostanie pociągnięty do odpowiedzialności? Nie wierzę.

Gdyby minister Mucha była osobą odpowiedzialną i prawdziwą elitą, to zamiast się handryczyć z tym człowiekiem, stanęła by przed wyborcami i powiedziała „drodzy, sorry, ale prawa trzeba przestrzegać także wtedy gdy nie jest wygodne, a zatrudniony nie odpowiada za sytuację, gdy umowa została podpisana w sposób niekorzystny dla zatrudniającego”. Jednak pani minister odwagi nie starczyło, zmarnowała więc nasze pieniądze na ekspertów, sąd oraz odsetki karne w sprawie z góry przegranej.

Tak na marginesie – zarobek tego człowieka wcale nie był oszałamiający. Tak wiem, że to w poprzek wyobrażeniom większości, media z upodobaniem porównywały kwotę z pensją średnią czy pensją kasjerki w Biedronce. Organizacja budowy stadionu to nie siedzenie na kasie, a całą kwotę podzieloną przez odpowiednio długi okres należałoby raczej porównywać do pensji prezesów banków. Nie jesteśmy społeczeństwem egalitarnym i jednego człowieka za to karać nie można.

Czasem muszę wyjść poza utartą drogę praca dom i powędrować po mieście w celu załatwienia bardzo-ważnego-czegoś. Wracam przygnębiona stopniem w jakim stolica podzielona jest ogrodzeniami. Obsesja jakaś Warszawiaków dopadła i puścić nie chce. Żoliborz, Sady Żoliborskie, znam tą okolicę od lat, pamiętam jak śmigało się po podwórkach na spacer albo na skróty do szkoły. Obecnie każdy blok ma swoje ogrodzenie. W jednym miejscu ogrodzenie dzieli na pół plac zabaw. Brawo, drodzy mieszkańcy przyzwyczajajcie swoje dzieci od małego do życia w więzieniu, w którym przyjaciel i ulubiona piaskownica jest po drugiej stronie płotu. I po co to? Bezpieczniej? Nie sądzę – nie raz widzę menelstwo radośnie śpiewające na ławeczce pod blokiem – wewnątrz ogrodzenia. Że to swoje menelstwo i cudze nie wlezie? Ależ wlezie, w blokach są firmy, które aby funkcjonować wpuszczają każdego, kto naciśnie dzwonek. Ograniczenie wolności w zamian za złudzenia.

Sens mają, owszem, ogrodzenia wokół placów zabaw, pod warunkiem, że to co wewnątrz jest jednak ogólnie dostępne, a nie „za domofonem”. Tymczasem każdy blok buduje sobie „swój” plac i o ile menelstwo włazi bez oporów, to mamy z dziećmi często się krępują pójść na „cudzy” plac zabaw.

Kilka miast w Europie i naszych swojskich w Polsce widziałam i takiej ogrodzeniowej paranoi nigdzie.